Park and ride

Jedni kochają wschody słońca i poranne bieganie. Inni rozkoszują się zachodami przy lampce starego wina. Trudno stwierdzić co jest lepsze, a co gorsze, ale z całą pewnością w sprawę zamieszane jest Hollywood. Amerykańskie produkcje wręcz narzuciły nam przeświadczenie, że w zachodzącym słońcu jest coś magicznego. Coś, czego choć raz w życiu trzeba doświadczyć. Samotny spacer brzegiem morza – o zachodzie słońca. Spotkanie z przyjaciółmi – najlepiej wieczorem. Randka – gdy słońce chowa się za horyzont. Nawet teraz, patrząc z czysto polskiej perspektywy, wszystkich jakoś ciągnie ku zachodowi. Bo Europa, bo rozwój, bo niezależność. Wschód jest niepewny, kojarzony może nie tyle z biedą, co ze specyficznym sposobem bycia. „Podlubelska wieś”, „wschodni akcent”, „Ukraina” – niby żadne z tych określeń nie jest nacechowane negatywnie, ale jakoś razi i wzbudza w człowieku niepokój. Nie ma więc co się dziwić mieszkańcom Berlina Wschodniego, że chcieli uciec od otaczającej ich rzeczywistości. Najgorsze jednak było to, że od Berlina Zachodniego dzielił ich tylko i aż mur liczący niespełna 5 m wysokości i rozciągający się na 156 km. Tylko i aż, sporo, co nie?

Mieszkańcy Berlina Wschodniego nawet nie wiedzieli jak bardzo się mylili. Po drugiej stronie muru nie było Oktoberfest’u, fanfar i medali dla tych, którzy najsprawniej pokonali przeszkodę. Życie dawało w kość tak samo jak w NRD, a może i bardziej. Teorii jest tyle, ile gum do żucia na pozostałościach muru. Wszystko to w imię wolności rzecz jasna, bo protest wyrażany w gumach jest lepszy od niejednego przemarszu (sic!). Nad skutecznością obu działań można byłoby się rozwodzić latami, a wnioskiem i tak już zawsze będzie jego brak. Niemniej jednak zdjęcie przy East Side Gallery musi być. Dziubek, przytulasek, okejka, co kto woli. Najlepiej przy całujących się Breżniewie i Honeckerze, jeśli ktoś stawia na tradycję. Reszcie polecam „królika w pociągu” do Moscow →China→ Everywhere omijającego Berlin. A jeśli już o komunikacji mowa, ta w Berlinie jest naprawdę niesamowita. Za ok. 7 euro (bilet jednodniowy ze zniżką studencką) możesz z łatwością dotrzeć do najdzikszych zakamarków miasta. Dziwnym trafem w moim przypadku padło na Warschauer Straße…

Polski akcent obecny jest także we wszelkiego rodzaju lokalach gastronomicznych. Zamawiając słynnego currywurst’a, jest spore prawdopodobieństwo, że będziesz mógł/mogła zrobić to „po naszemu”. Czyż to nie piękne? Niby Niemcy, a jednak trochę Polska, tyle że z płatnymi toaletami. I nie! Galerie handlowe, McDonald’sy i inne takie wcale nie uratują Was w potrzebie – sprawdziłam 😀 Jedynym miejscem, gdzie można nieco oszukać system i zaspokoić potrzebę fizjologiczną jest Panoramapunkt na Potsdamer Platz (nikt nie pilnuje talerzyka z drobnymi, choć do oszustw oczywiście nie namawiam) 😊 Aby się tam dostać trzeba jednak zapłacić kolejne 7 euro. Biorąc pod uwagę fakt, że na Berliner Fernsehturm bilet jest dwa razy droższy uważam, że warto. Nie tylko ze względu na punkt widokowy, ale przejażdżkę najszybszą windą w Europie. Czad i zatkane uszy!!!

„A ONI? Czy naprawdę jest ICH tam aż tyle?” – fakt, w Berlinie wyraźnie widać wymieszanie religii i kultur. Nie jest to jednak Paryż, gdzie natłok imigrantów burzy nasze wyobrażenia o eleganckich Francuzkach i zadbanych Francuzach, dumnie kroczących po ulicach miasta miłości. Jest dość zwyczajnie, miejscami mocno turystycznie, jak w każdym większym mieście. Zauważyć można wzmożoną obecność policji, ale to głównie przyjezdni podbudowują atmosferę strachu. Sama niejednokrotnie złapałam się na bacznym obserwowaniu osób z ciemniejszą karnacją w metrze lub kolei miejskiej. Wychodzę z założenia, że ostrożności nigdy za wiele, ale po całodniowym zwiedzaniu naprawdę jest Ci to obojętne z kim jedziesz w wagonie. Ważne, by jak najszybciej dostać się do samochodu, który najlepiej zostawić poza Umweltzone, czyli strefą ekologiczną, w której poruszanie się umożliwia specjalna plakietka. Jej zakup generuje dodatkowe koszty, więc darmowe parkingi „park and ride” są idealnym rozwiązaniem dla rozważnych. Do tego nocleg w campingu poza miastem, własny prowiant i kuchenka turystyczna. Nic więcej nie potrzeba, by spędzić trzy dni w Berlinie nie wydając więcej niż 500 zł na osobę. Oczywiście po wcześniejszym sprawdzeniu prognozy pogody, by nie dać się złapać niemieckim ulewom (sic!) 😊

Korekta tekstu: Magdalena Majkutewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.