Madryt vs Barcelona

„Barcelona coś w sobie ma” – mówili jedni. Tysiące zaręczających się par, nonszalancko ubranych kobiet, przepychających się turystów, imigrantów z różnych stron świata. „Lepiej wieść życie jak w Madrycie” – zapewniali drudzy. Brak pośpiechu, pomocni madrytczycy, ponad 250.000 ha terenów zielonych, najlepszy klub piłkarski świata. A jeśli już mowa o sporcie, może po prostu niech wygra lepszy? A więc do boju!

Przestrzeń miejska – 1 : 0

Madryt strzela gola w pierwszej minucie meczu. Wjeżdżając do miasta od strony Saragossy na pierwszym planie widzimy monumentalny Estadio Santiago Bernabéu, a tuż za nim rząd nowoczesnych drapaczy chmur. Jak się później okazuje w ich skład wchodzi Puerta de Europa, czyli dwa bliźniacze wieżowce zaprojektowane przez Philipa Johnsona i Johna Burgee liczące po 114 m wysokości. Kolejnym odkryciem jest Gran Via, jedna z głównych ulic Madrytu, której zabudowa przypomina Nowy Jork sprzed 100 lat. Najpiękniej prezentuje się z tarasu widokowego Centro Centro - Palacio de Cibeles, na który bilet kosztuje jedynie 2 euro. Punktami wartymi polecenia są również Park Retiro z licznymi alejkami spacerowymi i Palacio de Oriente – oficjalna rezydencja króla Karola I, w której mimo imponujących wnętrz, nigdy nie zdecydował się zamieszkać. Barcelona przegrywa w tej kwestii głównie przez La Sagradę Familię (tak, tak, dobrze czytacie!), której potencjał został pochowany żywcem bez szans na zmartwychwstanie. Betonowe wykończenia dobudowane do arcydzieła Gaudiego przyciągają uwagę, ale niestety w negatywnym tego sformułowania znaczeniu. Kolejnym faux pas Barcelony są miejsca takie jak Park Güell, Barri Gòtic czy ulice przed Casa Milà, Batlló i Lleó Morera – niesamowite, ale przeludnione. Wytchnienia nie znajdziecie też na słynnym targu La Boqueria ani pogrążonej w smutku La Rambli. Ta sama sytuacja ma miejsce na Playa de la Barceloneta, gdzie naprawdę trzeba się wysilić by na pamiątkowym zdjęciu nie było miliona nieznanych Wam twarzy. Jedynie plac przy Font Màgica może realnie zachwycić, ale tylko w dzień. W nocy tłumy turystów gromadzą się tam na wodno-świetlny spektakl, co zadowoli tylko fanów ludzkiej stonogi. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy protestują przeciw turystom, a przewodniki radzą jechać do Barcelony poza sezonem.

Gastronomia -  0 : 1

Dania niby te same, lokale w podobnym klimacie, a mimo to gola tym razem zdobywają Katalończycy. Może miałam pecha, złą aplikację albo Sauron postanowił mną pokierować, ale nigdzie poza placem Puerta del Sol i przecinającymi go ulicami nie mogłam znaleźć niczego hiszpańskiego. Pizza oczywiście jest jakimś wyjściem, ale podczas tej wyprawy nie mogła zastąpić paelli, gazpacho, tapasów i sangrii. Co to to nie! Barcelona pod tym względem zaskoczyła bardzo pozytywnie. Knajpy oferujące dania kuchni hiszpańskiej rozmieszczone były wzdłuż promenady prowadzącej do portu, a także na najsłynniejszych placach i ulicach miasta. Nie zapominając oczywiście o La Boqerii, gdzie można znaleźć dosłownie wszystko: od owoców morza przez chorizo po najprawdziwsze glutenfree koktajle. Tym właśnie sposobem wypiłam sok ze świeżo wyciśniętego kiwi i zjadłam przepyszny lunch pożegnalny w restauracji Taller De Tapas (Rambla Catalunya 49), którą serdecznie polecam.

Ludzie – 1 : 0

W 30 minucie meczu Madryt znów przejmuje prowadzenie. Jego mieszkańcy poza pomocnym usposobieniem z którego słyną są też niezwykle rodzinni i po prostu „obecni”. Na ulicach Barcelony ciężko o rodowitego Katalończyka, a jeśli już uda się go znaleźć najprawdopodobniej zostaniesz zwyzywany. Ich niechęć do turystów jest tak wielka, że każda osoba z plecakiem lub torbą podróżną jest traktowana tutaj jak trędowata. W Madrycie te kwestie regulują się naturalnie. Wystarczy poczekać do 22, bo właśnie wtedy turyści idą spać, a madrytczycy zaczynają życie. Tapasbary dosłownie pękają w szwach, a Ty czujesz się jakbyś zagiął czasoprzestrzeń. Podobnie wygląda kwestia uchodźców, których zdecydowanie więcej jest w Barcelonie. I nie mam na myśli tego, że za każdym rogiem czai się żądny krwi terrorysta. Jest po prostu różnorodnie, co jednym może odpowiadać, a innych wręcz razić.

Komunikacja miejska – 1 : 0

Barcelończycy tracą kolejną bramkę. Ich metro to istna tragedia! Brudne, ciemne, rozkopane. Zdecydowanie gorsze niż w Madrycie, gdzie stacje są dobrze oświetlone, schludne i przemyślane. Gdy jedna linia jest w remoncie, zastępują ją autobusy kursujące co 10 minut tą samą trasą. Jedynie ceny biletów znacznie się nie różnią, stawiając pod tym względem oba miasta na równi.

Bezpieczeństwo – 1 : 0

Madryt znów triumfuje! Funkcjonariusze policji są obecni na wszystkich najważniejszych placach miasta, przechadzają się ulicami Madrytu, sprawdzają podejrzanie wyglądające samochody. Barcelońska policja skupia się w tym czasie na La Rambli kierując ruchem ulicznym. Nie wiem, czy wynika to z przeświadczenia, że skoro w Barcelonie był już zamach to drugiego nie będzie, nowoczesnych metod nadzoru czy zwykłej nieodpowiedzialności, ale w Madrycie czułam się o wiele bezpieczniej. Odniosłam też wrażenie, że społeczeństwo w stolicy Hiszpanii jest bardziej uważne: obserwuje co dzieje się dookoła i jeśli zauważy coś niepokojącego zgłasza to funkcjonariuszom. Właśnie tak było w przypadku dziewczyny, która na jednym z madryckich placów dostała ataku padaczki. Dzięki szybkiej reakcji zgromadzonych wokół niej ludzi i policji, która była w pobliżu udało się zapobiec tragedii. Barcelona jest bardziej skupiona na sobie niż innych, co moim zdaniem nie wróży dla niej niczego dobrego.

Must-see places – 1 : 0

Piłka znów ląduje w siatce Barcelony. Sporządzając spis obiektów, które chciałam zobaczyć Madryt zaskoczył mnie ich brakiem (pomijając miejsca wymienione w pierwszym podrozdziale). Temu miastu trzeba po prostu poświęcić trochę czasu. Nie da się zbyt długo zachwycać konkretnymi punktami, bo wszystko co „po drodze” jest o wiele ciekawsze. Ogromne wrażenie zrobił na mnie (o zgrozo, nie wierzę, że to piszę!) stadion Realu Madryt. Bilet wstępu kosztuje sporo, bo 19 euro, ale naprawdę warto. W cenę wliczone jest zwiedzanie całego kompleksu, łącznie z salą konferencyjną i szatnią + pamiątkowe zdjęcia z hologramami piłkarzy. Na Tour Bernabeu trzeba przeznaczyć ok. 2 godzin nie uwzględniając czasu poświęconego na zakupy w klubowym sklepie. Barcelona pod tym względem jest o wiele bardziej męcząca. Mnogość zabytków powoduje frustrację, bo w dzień lub dwa nie da się zobaczyć wszystkiego. Nie ma też szans na poznanie tego miasta z innej, mniej turystycznej strony o ile taka w ogóle istnieje. Jeśli więc decydować się na pobyt w Barcelonie, weekendowy wypad do Hiszpanii zdecydowanie nie wchodzi w grę. No, chyba że stawiacie na trasę z Camp Nou do Hotelu La Vela - wtedy być może dacie radę z czasem 🙂

Chill nad wodą – 0 : 1

W ostatnich minutach meczu Duma Katalonii strzela Królewskim honorową bramkę. Niestety, zbiorników wodnych w Madrycie praktycznie nie ma, a morze oddalone jest o 350 km (ok. 4 godziny jazdy samochodem). Właśnie takim sposobem, gdy madrytczycy prażą się w słońcu, mieszkańcy Barcelony korzystają z dobrodziejstw Morza Śródziemnego. Przegrywają pojedynek miast, ale sangria wypita na plaży przy zachodzie słońca rekompensuje im wszystkie niedogodności. Być może to kwestia gustu, ale Madryt jest dla mnie prawdziwszy, prostszy i choć odległy, nienaturalnie bliski. W kanonie poznanych przeze mnie miast wyprzedza go jedynie Paryż, a to świadczy o tym, że Madryt nie potrzebuje Wieży Eiffla by najzwyczajniej w świecie dawać radę 😊

Madryt

Barcelona

Korekta tekstu: Magdalena Majkutewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.