Karierę naukową czas zacząć

Nigdy wcześniej nie brałam udziału w konferencji naukowej. Nie zdarzyło mi się też przemawiać publicznie do dziesiątek osób walcząc o ich uwagę. Gdy w końcu do tego doszło, nie stresowałam się samym faktem występowania, a tym, że prawdopodobnie nikt nie zrozumie mojego stylu wypowiedzi. Trochę z góry oceniłam osoby zgromadzone w sali 127, stawiając je na piedestale z racji tytułów naukowych i doświadczenia zawodowego. Przygotowałam więc listę mądrych rzeczy do wygłoszenia i zrobiłam obszerną prezentację. Na koniec wzięłam głęboki oddech i wyruszyłam w nieznane.

Dzień I

Tego dnia nie przemawiałam, więc pozwoliłam sobie na małe spóźnienie. Weszłam do auli w połowie drugiego wystąpienia. Nie zastanawiając się zbyt długo, usiadłam z tyłu, aby pozostać niezauważoną. Spodziewałam się, że początek będzie lekko patetyczny, bo profesorzy nie nadużywają funkcji ekspresji. Na szczęście na atrakcje nie trzeba było długo czekać. Ok. godz. 12:30 rozgorzała emocjonująca dyskusja odnosząca się do poszczególnych wystąpień, a w szczególności jednego, które wzbudziło najwięcej kontrowersji. Profesor z mojego uniwersytetu zdecydował się wyłożyć karty na stół (przynajmniej ja tak to odebrałam), opowiadając o nieudolności szkolnictwa wyższego, a dokładnie o mylących opisach kierunków studiów w ofertach edukacyjnych. Było o mijaniu się z prawdą, koloryzacji zawodu dziennikarza i podróżach jako wabiku na niezbyt rozgarniętych studentów. Niektórzy z gości poczuli się dotknięci słowami profesora i nie czekając ani chwili zasypali go niewygodnymi pytaniami. Nie zabrakło też zachwalania własnych instytutów i postaw typu: co złego to nie my, to na pewno ktoś inny! Był to kluczowy punkt, bo właśnie wtedy doszłam do wniosku, że wcale nie jestem jakaś gorsza z moim skromnym tytułem licencjata. Kłócić się w kulturalny sposób to i ja potrafię, a górnolotne przemówienie przecież miałam już skomponowane. Po przerwie kawowej było znacznie lepiej, jeśli chodzi o ciekawe zagadnienia, motywację i odniesienia do tematu konferencji, który brzmiał: Dziennikarz, mediaworker, influencer – o dziennikarskiej profesji w mediach zdigitalizowanych. Najwięcej mojej uwagi zaskarbił pierwszy prelegent, który dziennikarstwem zajmuje się na co dzień. Inni, mimo iż zapewniali, że kiedyś, gdzieś, 20 lat temu byli dziennikarzami, nie zyskali mojego zaufania. Słuchając ich miałam wrażenie, że mówi do mnie małpa, która co prawda urodziła się w Afryce, ale resztę życia spędziła w ogrodzie zoologicznym we Wrocławiu (przepraszam za tak dosadne porównanie). Później był obiad, bo na dyskusję nie starczyło już czasu. Ok. godz. 15:00 zaczął się panel, na który czekałam z niecierpliwością ze względu na zaproszonych gości. Co otrzymałam? Przechwalające się małżeństwo, zestresowanego Pana prawniko-marketingowca i Piotra Kędzierskiego w nieco innej odsłonie niż ta medialna, co poprawiło moją opinię o jego osobie. Nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam na tej części, bo miałam mieszane uczucia, ale najlepsze wciąż było przede mną. Debata o skromnej nazwie „Blogowanie lifestylowe. Jak i po co?” przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Wystraszyłam się z początku, gdy prowadzący postawił blogerów pod ścianą pytając o sens istnienia, a jego głos przyjął złowieszczy ton. Moje obawy były jednak niesłuszne, bo gdyby nie to, przez dwie godziny musiałabym słuchać nieskromnych komplementów, którymi wzajemnie by się wymieniali. Oczywiście na nie również znalazło się miejsce, bo jakżeby inaczej, ale faktem jest, że trochę nie doceniałam pisaniny blogerów. Okazuje się, że ma ona większą moc, niż niejeden skrupulatnie pocięty tekst dziennikarski. Zazdroszczę im tego z całego serca – wolności objętości. O zarobkach nie wspominając, bo kwoty rocznego przychodu topowego blogera są wprost niepojęte dla zwykłego śmiertelnika. Tak samo jak niepojęta jest praca jaką wykonują, by znaleźć się na szczycie corocznego rankingu Tomka Tomczyka. Totalny kosmos!

Dzień II

Po czwartkowym chaosie czasowym, w piątek wystąpienia były pilnowane co do minuty. Również dyskusja po pierwszej części nieco się skróciła. Bałam się jak diabli, bo po głębszym przemyśleniu sprawy pół nocy przerabiałam swoją prezentację. Zdecydowałam się na proste, lakoniczne treści, które miały przyciągnąć uwagę odbiorców, a nie z dnia na dzień zrobić ze mnie naukowca. Właśnie tym sposobem „wyleciał” Piotr Lipiński i moje odniesienie do jego artykułu o dziennikarstwie internetowym, ale za to znalazła się przestrzeń na promocję bloga, z czego ostatecznie jestem bardzo zadowolona. Chciałam, aby było kontrowersyjnie i nieoczywiście, co udało mi się osiągnąć w 80%. Pozostałe 20% zabrał ze sobą ks. dr Krzysztof Stępniak, który wyszedł z sali tuż przed moim wystąpieniem jakby przewidział, że nie będę przychylna środowiskom katolickim. Inni studenci również dali radę, choć nie było wśród nas osoby, która czułaby się w roli prelegenta w 100% komfortowo. Jednym nie działały prezentacje, inni czytali z kartek lub jąkali się próbując powiedzieć coś wartościowego. Niemniej jednak słuchano nas uważnie, co potwierdziły późniejsze pytania, z którymi musieliśmy się zmierzyć. I choć ostatecznie pogubiłam się w zeznaniach podczas „przesłuchania”, cieszę się, że mogłam spróbować swoich sił w roli naukowca. Właśnie za to kocham SWPS – za możliwości, które daje. Moim zdaniem sztos, tym bardziej, że całość zostanie przypieczętowana publikacją zbiorową o sporej objętości. Znajdzie się więc miejsce zarówno na pochwałę przemyśleń Lipińskiego jak i własne rozważania na temat współczesnych mediów. Żyć nie umierać, tylko czy ja oby na pewno lubię nowe media tak jak niechcący zadeklarowałam w prezentacji? Hmm…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.